czwartek, 27 maja 2010

Sittcomm Award – galeria finalistów

 

Konkurs Sittcomm odbywa się co roku i ma na celu promowanie młodych fotografów i fotografek z Europy Środkowo-Wschodniej.

Tegorocznym zwycięzcą został Ivars Gravlejs z Litwy, którego praca do mnie jakoś szczególnie nie przemawia, ale za to wśród prac finalistów jest kilka fajnych projektów: szczególnie Agata Marzecova i jej zabawno-ironiczny cykl przyrodniczy.

A propos przyrody warto przy okazji rzucić okiem na cykl Flora/Fauna Kuby Dąbrowskiego (w zakładce shortlist 2006).

http://www.award.sittcomm.sk/index.html

niedziela, 21 lutego 2010

Mroczne zabawy dziewczynek

 

Byłam wczoraj w CSW na wystawie Michała Jelskiego i zanim zabrnę w dygresje i zawiłe analizy sformułuję jasny przekaz: kto nie widział, a ma możliwość - niech idzie koniecznie. Dawno nie widziałam w polskiej fotografii zdjęć tak świeżych i tak wieloznacznych.

Zdjęć jest 10. Niby niedużo, ale wystarczy. Do tego jest film, trochę zbędny, ale o tym poniżej. Projekt jest w zasadzie dokumentalny. Autor był świadkiem tzw. chrztu na obozie sportowym, zrobił zdjęcia, pokazał, jak było, nie inscenizował i nie ingerował (przynajmniej nic na to nie wskazuje). Przedstawił jednak to wydarzenie w bardzo  subiektywny sposób, podkreślając jego magiczny, inicjacyjny charakter. Przede wszystkim chrzest pokazany został na poważnie: to nie jest zabawa, to jakaś dziwna gra, której reguł do końca nie znamy. Widzimy zbliżenia na pojedyncze postaci, widzimy gesty i przyrodę będącą świadkiem i metaforą. Jest napięcie, emocje, ciemność rozświetlana lampą błyskową jak na policyjnych zdjęciach miejsca zbrodni. I jeszcze, jakby było mało, zdjęcia Michała Jelskiego są duże, piękne i kolorowe. 

Co jest na zdjęciach? Jest na przykład twarz dziewczynki, wymazana białą mazią tak skutecznie, że nie można rozpoznać jej rysów. Dłonie w lateksowych rękawiczkach, które tę maź nakładają. Postać bogini, która rozdaje dyplomy przechrzczonym dziewczętom: piękna, prowokująca odsłoniętymi udami i bardzo, bardzo smutna. Jest gałąź akacji na tle czarnego nieba. Akacji, którą przypomnę, dziewczęta wykorzystują do wróżenia odrywając kolejno listki i odliczając: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje…

Dla mnie jest to bardzo poruszająca, bolesna historia o budzącej się kobiecości. Jej przebudzenie dokonuje się w dziewczętach na skutek okropnego rytuału, którego sednem jest wejście w rolę ofiary. Mają znieść bez sprzeciwu kolejne próby, wytarzać się w błocie, dać wymazać sobie twarz czymś białym i lepkim (czy tylko mnie się to nieprzyzwoicie kojarzy?), pozwolić na wyzwiska, wreszcie pocałować w rękę boginię, rękę wymazaną jakąś różową papką wyglądającą trochę jak mielone surowe mięso, a może jak truskawki ze śmietaną.  Stoją więc zgnębione i brudne, a jednocześnie erotycznie dwuznaczne - z rozpuszczonymi mokrymi włosami, z odsłoniętymi udami, z domalowanym biustem na koszulce - i takie właśnie przekraczają granicę między dzieckiem a kobietą.  Tak sobie myślę o tym zdjęciu z białą mazią zakrywającą twarz, że to precyzyjnie uchwycony moment przejścia . Że po zmyciu tego białego to już będzie inna twarz pod spodem, zmieniona.

Potem jest dyplom, uśmiech i postać bogini czyniącej swą powinność ze smutkiem i powagą. A na koniec:

Kocha, lubi, szanuje,

nie chce, nie dba, żartuje,

w myśli, w mowie, w sercu,

na ślubnym kobiercu.

Jelski w ulotce na temat wystawy pisze, że dziecięce rytuały mówią dużo o naszej kulturze, o świadomej i nieświadomej symbolice. Aż strach myśleć, co mówią. Dorosłe kobiety, które zajmują się potem w życiu “wytrzymywaniem”, znoszeniem upokorzenia w naiwnej wierze, że dostaną za to dyplom, w końcu nie biorą się znikąd.  

wtorek, 9 lutego 2010

Debil i karma dla psów

 

jelski

źródło: Michał Jelski “Chrzest” www.csw.art.pl

Zdjęcia Michała Jelskiego widziałam po raz pierwszy w 2008 na wystawie Polska Wenus, w ramach krakowskiego miesiąca fotografii. Mimo, że było ich tylko 3 i były jakby obok głównego tematu, zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Zdecydowanie była to najmocniejsza rzecz z całej wystawy. Powyższe zdjęcie też było na tamtej wystawie i najmocniej zapadło mi w pamięć. Jest w nim siła, jakaś mroczna ambiwalencja, związana z zabawami dojrzewających dziewcząt. Kto czytał “Pannę Nikt”, rozumie, co mam na myśli.

Główna bohaterka wygląda trochę jak męczennica z religijnych obrazów: anielska uroda, blond włosy (rozpuszczone, nie wygodniej było związać gumką?), błękit i biel (kolory szat matki Boskiej), wreszcie światło z tyłu dające efekt aureoli. Na tym tle ten cały brud, ten obrzydliwy napis budzą niepokój i niepewność – wygląda to jak dziwna upokarzająca gra, z której i kat, i ofiara czerpią korzyści. Zdjęcia Jelskiego przedstawiają kolonijny chrzest.  W tekście towarzyszącym wystawie autor pisze:

Interesują mnie zwłaszcza te wszystkie dziwne rytuały wymyślone przez dzieci i przekazywane następnym rocznikom. Rzeczy typu: dziwne napoje i pokarmy niczym zmutowana komunia katolicka. Poza tym, nie oczyszczenie jak na chrzcie, ale totalne umorusanie; błoto, mąka i jajko, a potem mycie zębów. Te wszystkie przebrania i eksponaty mówią dużo o naszej kulturze, świadomej i nieświadomej symbolice.

Pamiętam mój chrzest w liceum. Biegaliśmy pod rzędami ławek, na których stali nasi starsi koledzy i koleżanki, poganiający i pilnujący, żebyśmy nie ominęli żadnej atrakcji. Szkoła zwracała dużą uwagę, żeby nie dochodziło do żadnych aktów agresji – żeby nie było bicia i kopania kotów. Za to były jakieś pomyje do picia, psia karma do jedzenia, mazanie po twarzy trudno zmywalnym markerem i tym podobne atrakcje rytuału inicjacyjnego. Obrzydzenie czuję do dziś.

Nikt nikogo nie zmuszał do udziału. Była jednak presja ze strony grupy:  chrzest był rodzajem biletu wstępu do szkolnej społeczności. Tak jak na zdjęciu Jelskiego - chrzest jest do przeżycia, bo obok ciebie są inni upokorzeniu,  brudni. Dzielisz z nimi puszkę psiego żarcia i stłumioną wściekłość, którą za rok wyładujecie na młodszych.  Dokładnie nie pamiętam, ale chrzest zorganizowany rok później przez mój rocznik był ostatnim w szkole, bo skończył się totalnym wymazaniem ścian i podłóg. Żywioł wyrwał się spod kontroli – nic dziwnego w końcu byliśmy w liceum kujonów, w kuźni olimpijczyków. Gdzieś to zwierzę z nas wyjść musiało.

Te kolonijne i szkolne chrzty są jak dziwny relikt w cywilizowanym społeczeństwie. Jak enklawy, gdzie w skodyfikowany sposób można dać upust wszelkim agresywnym impulsom. Znacie inne sytuacje w których ma się takie przyzwolenie na upokarzanie innych? Rządzi nimi żelazna logika: raz ty pijesz pomyje, ale za rok role się odwrócą. Ty będziesz górą. Doskonale pamiętam, jak sama byłam kotem. Co było rok później – nie wiem. Naprawdę, nie pamiętam. Tzn. wyobrażam sobie, że nie brałam w tym cyrku udziału, ale nie mam pewności. Wolę się widzieć jako zbrukaną świętą, która rezygnuje z zemsty. Ciekawe, czy na wystawie będą też zdjęcia “oprawców”? Chyba nawet bardziej mnie interesują.

Od 5. lutego wystawę Michała Jelskiego “Chrzest” można zobaczyć w warszawskim CSW. Jeszcze nie byłam i aż się trochę boję, tak duże mam oczekiwania :)

środa, 6 stycznia 2010

Najcenniejsze zdjęcie świata

 

Jest to zdjęcie wielkości paznokcia, które udało się ocalić 14-letniej wówczas Zahavie Bromberg uwięzionej w obozie w Oświęcimiu. Dziewczynka zdołała ukryć fotografię w czasie dwóch selekcji doktora Mengele. Za pierwszym razem przykleiła zdjęcie do podniebienia. Za drugim – plastrem przytwierdziła je do stopy. Fotografia przedstawia jej matkę, Deborę Goldstein-Rosen, zastrzeloną wraz z ojcem i rodzeństwem Zahavy podczas likwidacji obozu w Płaszowie.

 mama Zahavy

 

Gromadzeniem zdjęć i pamiątek po polskich Żydach zajmuje się Fundacja Shalom. W 1996 w Zachęcie pokazano wystawę “I ciągle widzę ich twarze. Fotografia Żydów polskich”.

Fotografie i opowieści gromadzone są też na stronie internetowej “Kadysz dla nieobecnych” www.kadysz.pl, gdzie znalazłam ten oto portret.

piątek, 1 stycznia 2010

Fotografie, których nie lubię - vol. 1

 

Do tej notki zainspirował mnie Iczek i jego wpis zatytułowany „Fotografowie nierozumiani”, pierwotnie – jak autor przyznaje – brzmiący nieco bardziej wprost: “Fotografowie nielubiani” . Tytuł wskazuje, że jest ich więcej, ale Iczek napisał tylko o jednym – proszę sobie sprawdzić jakim.

Czytanie o tym, kto jakich zdjęć nie lubi / nie rozumie jest bardzo ciekawe, bo rzadko się na tego typu fotograficzne wyznania trafia. Mało kto krytykuje publicznie. A szkoda. Wygląda na to, że fotografia jest u nas wciąż niczym młoda i mizerna roślinka w bujnym ogrodzie sztuk :) Nikt publicznie nikogo nie gani, bo na wątłą roślinkę trzeba chuchać i dmuchać, żeby nie uwiędła. Nawet recenzje wystaw są najczęściej przeklejonymi tekstami od autorów czy kuratorów – zachęcającymi do oglądania, ale nie wywołującymi większych emocji. Jakiś czas temu trafił się wyjątek w postaci gorącej krytyki wystawy Łodzi Kaliskiej (tu np. Igor Stokfiszewski szydzi i przeklina), co było fajnym i ożywczym wydarzeniem. Fotografia jednak ma siłę, skoro może obrażać i zniesmaczać!

Wracając do tematu, ja też mam kilku fotografów, których nie lubię, czy jak. Wysokie miejsce na mojej czarnej liście zajmuje Andrzej Dragan – autor znany z mało subtelnych portretów będących w dużej mierze popisem zdolności autora w dziedzinie obróbki komputerowej. Na swojej  stronie Dragan pisze (z resztą po angielsku – tłumaczenie moje): “Niektórzy ludzie uważają, że dobry portret odsłoni jakąś prawdę o przedstawionej osobie. Z przykrością stwierdzam, że nie znajdą oni niczego interesującego w mojej fotografii, gdyż nie ma ona takiego celu.” Aż prosi się by zapytać: jaki cel ma zatem Pańska fotografia?

Nie upieram sie, że portret ma przedstawiać prawdę o człowieku. Jest to dość utopijne założenie i chyba większość współczesnych twórców zdaje sobie z tego sprawę. Lubię jednak, żeby tej prawdy szukać, choć jest to wysiłek z góry skazany na porażkę. A zresztą – pal licho prawdę! – wystarczy mi po prostu treść, poczucie, że fotografie mówią o czymś (w zasadzie o czymkolwiek) w sposób szczery i przekonujący. Jeśli fotografie Dragana mówią, to ja tego języka nie rozumiem.

Widzę formę: rozpasaną, wyrazistą, bijącą po oczach. Przerysowany światłocień, dramatyczne kontrasty, techniczną sprawność. To jest powierzchnia tych zdjęć. A co jest pod nią? No właśnie, niewiele…

Część portretów (np. Jerzego Urbana czy Kuby Wojewódzkiego) byłaby idealna jako ilustracja w kolorowej prasie – z resztą w przypadku obu tych postaci to rozpasanie formy i karykaturalne podkreślenie rysów twarzy ma pewien sens – współgra z ich publicznym wizerunkiem. Ale jest tym samym artystycznie nieciekawe, nieodkrywcze. [Tu na przeciwległym biegunie można by wskazać portret Marilyn Monroe autorstwa Avedona, poruszający właśnie dlatego, bo pokazujący aktorkę bez maski – tak inną niż jej wykreowany wizerunek.]

Portret dziewczyny chorej na anoreksję po prostu mnie odrzuca. Obróbka komputerowa w celu podkreślenia deformacji ciała jest zabiegiem, którego sensu kompletnie nie pojmuję. Trochę tak, jakby Dragan uważał, ze sama anoreksja to za mało – trzeba ten obraz jeszcze podkręcić, podkolorować. The world is not enough.

Dobrze opisuje takie podejście fragment autorstwa Anny Cymer (choć autorka pisała ogólnie, nie na temat Dragana): Gdy fotograf artysta („fotografik” po polsku) zabiera się za uwiecznianie rzeczywistości zaczyna kombinować, upiększa, estetyzuje i sepiuje, zbliża makro i przybliża mikro, dobiera filtry a na wszystko daje Photoshopa. I po sprawie. Świat znika, zostają zdjęcia. [tu cały tekst Anny Cymer]

Portret jest dziedziną szczególna. Jest świadectwem relacji (choćby chwilowej) między fotografem a modelem. Człowiek, który staje przed obiektywem, po części staje sie współautorem zdjęcia. Coś fotografowi daje. Andrzejowi Draganowi jego modele i modelki też coś dają, tylko mam wrażenie, ze on tego nie przyjmuje, bo w tej relacji jest zajęty głównie sobą.

Zdjęcia Andrzeja Dragana można zobaczyć tutaj: www.andrzejdragan.com

 

 

PS: Na koniec zabawna ciekawostka – specjalny filtr do zainstalowania w Photoshopie :)

efekt_dragana_1_m

http://www.cyfrografia.pl/retusziefekty.html

wtorek, 29 grudnia 2009

Dla fanów Nan Goldin

 

goldin wywiad

Wykład, którego udzieliła z okazji ostatniej odsłony World Press Photo.

Mówi tam miedzy innymi o tym, że nie poddała się cyfrowej rewolucji. Wciąż robi zdjęcia na slajdach, analogowym aparatem. Nie korzysta z Photoshopa. Jejku! To jak żyjący dinozaur!

środa, 25 listopada 2009

Obrzędy bez magii

 

2komunia5

źródło: www.pokrycki.com

Projekt Przemysława Pokryckiego dotyczący polskich obrzędów: chrztów, komunii, ślubów i pogrzebów jest dla mnie jednym z najważniejszych polskich cykli fotograficznych. Temat jest wyrazisty, emocjonujący, ważny, ciekawy, bliski każdemu (mogłabym jeszcze długo wyliczać…). Dlatego przyglądam się tym zdjęciom uważnie, a jeszcze chyba uważniej przyglądam się moim emocjom, gdy na te zdjęcia patrzę. I coś mi tutaj nie gra.

Cykl wpisuję się bardzo mocno w modną estetykę chłodnego spojrzenia, choć nawiązuje też do znanego cyklu Zofii Rydet “Zapis socjologiczny”. Główni bohaterowie i ich goście sportretowani są we wnętrzach, gdzie odbywają się uroczystości. Aparat rejestruje więc twarze, odświętne stroje i pozy, zastawione stoły, dekoracje, wreszcie wnętrza domów, restauracji, czy wynajętych sal – wszystko w sposób sugerujący pewien obiektywizm. Tacy jesteśmy, tak wyglądamy, tak świętujemy najważniejsze dni w naszym życiu.

Zadziwiający jest dla mnie wybór właśnie takiego stylu fotografowania w kontekście wybranego tematu. Na stronie Pokryckiego (www.pokrycki.com) cykl otwiera tekst Marty Aleksandry Olejnik dotyczący istoty obrzędu (niestety dostępny tylko po angielsku). Pisze ona o tym, że siła obrzędu bierze się z transcendencji i symbolicznego znaczenia. Symboliczne gesty mają siłę magiczną pozwalającą uczestnikom uroczystości przejść bezpiecznie przez ten graniczny moment, oddzielający jeden etap życia od kolejnego. Chciałabym w tych zdjęciach zobaczyć właśnie tę magię, to wyjście poza materialny wymiar wydarzenia, chciałabym zobaczyć siłę tych obrzędów. Bo mimo narzekań socjologów wydaje mi się, że w polskich obrzędach wciąż tkwi pewna moc, nawet jeśli oparta na bezrefleksyjnym powtarzaniu.

Część fotografii z tego cyklu wydaje mi się dość brutalna. Zamiast magii i siły symbolu są sztywne pozy i ogórki konserwowe. Za mało na tych zdjęciach ludzi, tego co się z nimi dzieje w tym dniu (nawet jeśli głównym ich przeżyciem jest troska, by przyjęcie się udało i by dobrze wypaść przed gośćmi), a za dużo kiczowatych dekoracji, satynowych obrusów.

 

2komunia3 

3slub3

 

2komunia1

źródło: www.pokrycki.com

Nie mogę przeżyć tych stołów na pierwszym planie! Wiem, że wyżerka jest ważną częścią polskiej tradycji i sama lubię z tego aspektu naszej kultury skorzystać, ale mam wrażenie, że ci ludzie ustawieni akurat w tym miejscu wypadają wyjątkowo niekorzystnie. Fotografie stają się krytyką konsumpcjonizmu. Pokazują, że kolejność w polskiej obrzędowości przedstawia się następująco: na pierwszym planie żarcie, potem ludzie, a potem, gdzieś tam w tle święty obrazek.   

Na szczęście nie wszystkie zdjęcia tak wyglądają. To chyba moje ulubione:

 

2komunia6

źródło: www.pokrycki.com

Poważne ciotki i wujkowie, rozbrykane dzieciaki, refleksyjny pan z kubeczkiem, w tle główni bohaterowie: cały kadr wypełniają ludzie. Tu jest siła polskich obrzędów: rodzina, żywi ludzie, którzy widać, jakoś się tego dnia bawią: lepiej lub gorzej, ale są razem. I to jest główny temat zdjęcia, a nie te upiorne plastikowe kubki.

 

3slub4

źródło: www.pokrycki.com

Mój problem z tymi zdjęciami jest ogólnie taki, że pokazują one głównie tzw. kulturę materialną: jedzenie na stołach, balony, kiczowate ozdoby, monstrualne torty: które w świetle lampy błyskowej jeszcze bardziej rzucają się w oczy przytłaczając kompletnie głównych bohaterów. (Dla porównania: w sekcji poświęconej pogrzebom jest kilka zdjęć przy świetle zastanym i wygląda to wszystko o wiele bardziej nastrojowo).

Styl większości zdjęć nie przystaje do tematu, chyba, że celem autora było obnażanie duchowej pustki. Chłodne spojrzenie obiektywu jest bezlitosne wobec rumianych policzków i jaskrawych napojów w plastikowych butelkach – poza tym niewiele więcej z tych obrzędów zostało. Jeszcze jako taka bronią się ci bogatsi, których stać na urządzanie gustownych przyjęć: tu formy są jakby mniej rozbuchane, przez co i treść wydarzenia ma szanse zaistnieć na zdjęciu.

 

4pogrzeb1

źródło: www.pokrycki.com

 

I na koniec jeszcze kilka wczesnych zdjęć Przemysława Pokryckiego z cyklu “Żniwa”. Ogólnie wolę fotografię kolorową, ale jest w tych zdjęciach wszystko to, czego brakuje mi w cyklu o obrzędach.

 

zniwa2

 

zniwa1

 

zniwa3

 

ekst_pokrycki011

źródło: www.latarnik.pl

Więcej o tym cyklu na stronie galerii Luksfera.